Był sobie Człowiek. Zwyczajny, a jednak pełen światła. Każdego ranka budził się nie po to, by gonić za czasem, lecz by uczcić istnienie – swoje i wszystkich wokół. Nie miał w kalendarzu zaznaczonego Dnia Matki, Dnia Ojca, Dnia Dziecka, Dnia Babci, Dziadka, Dnia Sąsiada, Dnia Narodzin, czy Dnia Planety. Bo dla niego każdy dzień był świętem.

Kiedy ludzie wokół biegali z prezentami tylko raz w roku, On niósł dobre słowo codziennie. „Błogosławię cię, Mamo, Tato, Babciu, Dziadku, Siostro, Bracie i wszystkich innych Człowieków”, szeptał przy herbacie. „Jesteś cudem, Ziemio”, mówił, całując dłońmi drzewo. „Ciebie, Człowieku, widzę i czczę”, mówił do Sąsiada, do Starca, do Dziecka i do ,,obcego".

 

Patrzył z bólem, jak systemowy świat przypomina ludziom o miłości zaledwie kilka razy do roku – jakby Życie miało datę ważności. Jakby potrzeba bliskości i uśmiechu budziła się tylko wtedy, gdy telewizor powie: „dziś dzień mamy, dziś dzień dziecka, dziś urodziny, imieniny”.

 

A on wiedział, że każdy dzień to święto ducha i Dusz. Każda istota – stworzona przez Stwórcę – zasługuje na uznanie nie „kiedy wypada”, ale zawsze.

 

Nazywano go naiwnym. Mówiono, że to przesada. Ale on szedł dalej, z błogosławieństwem na ustach i światłem w oczach. I z czasem – zaczęli się do niego uśmiechać. Czasem nieśmiało, czasem z wdzięcznością.

 

I tym zrozumieniem powoli  naprawił świat w sobie, a następnie wokół siebie,   przypominając, że święto Człowieka – jest codziennie.... i tym o to zrozumieniem przypominam o codziennym święcie dziecka Stwórcy.

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze.

Aktualnie na stronie:

Odwiedza nas 247  gości oraz 0 użytkowników.